czwartek, 2 lutego 2012

Byłabym każdej spełnieniem marzeń, Bogusiem Li...


Tak naprawdę nie wiem, o co chodzi w sprawie wprowadzenia A.C.T.A. i całej reszty S.K.R.Ó.T.Ó.W. Snuję sobie tylko czasem moje małe rozmyślania na temat tego, co widzę ostatnio w internecie i muszę powiedzieć, że trochę się tego spodziewałam. Niezrozumiałe było dla mnie, jak piractwo może być nielegalne, skoro pozwala się istnieć stronom i programom, które udostępniają pliki. No i stało się, kogoś chyba zastanowiło to samo.
Nie powiem, że zgadzam się z wprowadzeniem tej ustawy. Ale przeczytałam dzisiaj TEN artykuł na Filmwebie i to wszystko przestało być czarno-białe. Najbardziej uderzyło mnie określenie "zaliczacze" filmów, bo przecież do niedawna sama chciałam kimś takim być. A może nadal chcę?
Wstępując do grona filmoznawców (które niezaprzeczalnie uwielbiam!) już na samym początku ma się wrażenie "Ooo Matko! Za mało obejrzałem, żeby wypowiedzieć się na jakikolwiek temat!". Włącza się w głowie wyszukiwanie wszystkich "najambitniejszych" i "niszowych" filmów, jakie się obejrzało. Na początek wywala się z listy swoje ulubione filmy, które na pewno zostaną uznane za głupie, potem infantylne bajki z dzieciństwa, które w głębi duszy kocha się nad życie, następnie należy zapomnieć o ostatnio obejrzanych pozycjach, bo "teraz na pewno nie produkują już nic dobrego". Na koniec byłoby dobrze przypomnieć sobie kilka obejrzanych tytułów jakiegoś znanego reżysera (to nic, że znam tylko trzy, w tym jeden wyreżyserował wyświechtanego Titanica). No dobra, Woody Allen powinien być dobry! Ale jakiś tytuł... znam jakikolwiek? Kurczę, powinienem obejrzeć wczoraj chociaż jeden, żeby powiedzieć teraz cokolwiek. W głowie zero, pustka! Moja kolej!
- Eeee... Nazywam się XYZ. Lubię kino autorskie, np. Woody Allen. Nie oglądam takiego shitu, jak Titanic puszczany co roku w telewizji, a mój ulubiony film to... eee... yyy... LEJDIS.
I dupa. Nowy członek w gronie filmoznawców nie błysnął swoim indywidualizmem. Po co to?
Z czasem i tak na zajęciach okazuje się, że mało kto zna wszystkie dzieła Almodovara, wczesne filmy wspomnianego Allena, a wszyscy w Boże Narodzenie oglądają Kevina. I po co to hipsterstwo? Nie wytykam tutaj nikogo z moich znajomych i grupy, którą lubię i cenię. Jest to tylko i wyłącznie moja osobista autoanaliza, ale podejrzewam, że kilka osób by mi przytaknęło.
Określenie „zaliczaczy” dotknęło nieprzyjemnie mojego planu na zeszłe wakacje. Miał on polegać na tym, żeby wstawać codziennie ok. 7-8 rano, obejrzeć jeden film i potem mieć piękny, długi, bo zaczęty wcześnie, dzień. Idea była oczywiście piękna, bo nie chciałam marnować wakacji na późne wstawanie. Ale zawierała również plan codziennego „zaliczenia” jednego filmu. W ten sposób miałam nadrobić moją listę „zaległych” filmów i w tydzień zmniejszyć moją listę o 7 pozycji a w miesiąc o 30! Och, jak bardzo szalony to był plan. Oczywiście! Piękne jest rozpoczęcie dnia od fajnego filmu i nie krytykuję osób, które tak robią. Nie podoba mi się to tło, które miało na celu tylko codzienne wykreślanie tytułów na liście i zwiększanie ocenionej rzeszy na Filmwebie.
Apeluję o większy respekt do sztuki filmowej, która nie zawsze jest tylko biznesem. Często rodzi się w jednej głowie (reżysera, czy scenarzysty), jako historia godna opowiedzenia, czarująca, genialna! A dopiero w procesie produkcyjnym zostaje odarta z wyższych wartości. Ale wtedy pojawia się plakat na stacji nowojorskiego metra. Intrygujący, chwytliwy i błyskotliwy. Jeden z pasażerów daje się schwytać w pułapkę tej perswazji i decyduje się pójść na ten film do kina, albo kupić DVD w drodze do domu. Pech chce, że nie ma dzisiaj towarzystwa, więc zanosi się na samotny seans. Trudno. Coś czuje, że dzisiaj jest dzień właśnie na ten film. Zmęczenie po pracy każe mu wybrać do picia jedynie świeżo parzoną kawę. Nic więcej.


Dwie godziny później otrząsa się na kanapie w domu lub w kinowym fotelu z ogromnym wrażeniem w oczach. „OOOOOOOOO JAAAAAAAAAAAAA…” – tylko tyle jest w stanie powiedzieć w pierwszych minutach napisów końcowych.

To jest oglądanie filmu. To jest ten rytuał według mnie i dlatego przekonuje mnie rozważanie o cierpliwości we wspomnianym artykule z Filmwebu. Ile razy zdarzyło się nam coś takiego? Przyznam się, że mi mało.
Ostatnio na filmie „Lincz” na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych i właśnie dlatego chciałabym tam jeszcze kilka razy zagościć.
Potem jeszcze raz na „Wyspie tajemnic”.

Bardzo dużo zależy oczywiście od filmu. Ale bez odpowiedniego podejścia nawet genialny film może być tylko kolejną taśmową produkcją.

Chcę podsumować moje dzisiejsze rozważania kilkoma wskazówkami na przyszłość. Bardziej mają one służyć mnie niż komukolwiek innemu, bo odnoszą się głównie do mojej osoby. Nie krytykuję w żaden sposób moich znajomych czy nieznajomych. Chcę sprawić, by film pozostał dla mnie medium wyjątkowym. Chcę wyrażać szacunek względem tej SZTUKI swoim zachowaniem. Dlatego apeluję o:
1.  Absolutne ignorowanie i nie przejmowanie się cudzymi kolekcjami obejrzanych/ocenionych filmów.
2. Nie planowanie już więcej codziennego „zaliczania” tytułów.
3. Ograniczenie seriali (nawet tych z ABC i CBS, gdyż zabierają mi mnóstwo czasu; stawiają moje własne życie w gorszym świetle, ponieważ moja wyobraźnia podpowiada mi, że mam za mało przygód na co dzień; poza tym gdy się jest zmuszonym do oglądania seriali po angielsku wówczas słyszy się, jak potwornie niektórzy aktorzy fałszują i grają nienaturalnie a to sprawia, że tracę szacunek dla tej historii)
4. Uczynienie z seansu filmowego chwili wyjątkowej, pełnej skupienia.
5. Nauczenie się cierpliwości, o której mówił autor artykułu (dlatego mam zamiar zainwestować na przestrzeni jakiegoś czasu w kolekcję filmów PIXARa)
6.  Wyciągnięcie wniosków na przyszłość ze wspomnianego artykułu.

Dzisiejszy tytuł posta i piosenka mają się nijak do treści, ale od kilku dni chodzi mi po głowie. Szczególnie śpiewamy ją w metrze :))

Brak komentarzy: