Obudziłam się dzisiaj naturalnie o 6.45, bez budzika. I nie ukrywam, że takie było moje marzenie od kilku tygodni.
Czy to oznacza, że pokonałam mój bez-dalekiego-lotu jet lag? No przecież nie... Ale po ponad miesiącu życia na rozregulowanym zegarze biologicznym czuję się dzisiaj wspaniale. Czego ja nie robiłam, żeby się przestawić na wstawanie o 8 rano, zamiast o 13. Przetrzymywałam się przez całą noc, żeby nie spać i potem następnej nocy być w stanie zasnąć o 22, zamiast o 3 nad ranem. Potem robiłam krótką drzemkę od 8 do 11 z rana i tak chodziłam niewyspana przez cały dzień. Później faktycznie zasypiałam o 23, tylko że nagromadzone zmęczenie było tak duże, że wyłączałam drzemkę w budziku aż do 12 w południe.
Wczoraj zrobiłam trochę inaczej i po kolejnym zmarnowanym dniu po takim przetrzymaniu się położyłam się spać o 23 tak czy siak. No i dzisiaj obudziłam się około 7 rano!
I tak siedzę sobie, popijam zieloną herbatkę i pracuję nad projektami na komputerze. Zrobiłam śniadanie dla chorej siotstry i będę czytać zaległe książki. Mam przerwę zimową aż do 27. stycznia, więc lenię się fizycznie, ale nie intelektualnie.
Nawet dla mnie brzmi to dziwnie, że dzielę się takimi błahostkami jak problemy ze snem w trakcie ferii. Ale jednak te poważne wyzwania, które mam na głowie zatrzymam w swojej sferze osobistej. W końcu, za jakiś czas, gdy będę czytać swoje wpisy (a po to głównie prowadzę tego bloga) wolę przypomnieć sobie, że miałam tak zabawne przygody ze spaniem. Przecież jakiekolwiek poważniejsze sprawy są tylko kwestią czasu i wkrótce staną się nieaktualne. A i ja cenię siebie bardziej, za nie sianie toksyczności.
![]() |
| Mikołaj podarował mi nowe skarpetki na gwiazdkę. |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz